Wędkarz wyposzczony półroczną przerwą w łowieniu boleni, usłyszawszy bijącego drapieżnika staje się bardzo podekscytowanym myśliwym. Nie bacząc na popełniane błędy w sztuce, stara się go jak najszybciej złowić. Z upływem kolejnej godziny stan wędkującego przeradza się w żądzę złowienia ryby, która uparcie omija kolejne spinningowe przynęty. Rozgorączkowany wędkarz może tkwić w jednym miejscu nawet 3 godziny, po kolei sprawdzając skuteczność wszystkich posiadanych przynęt. Ale nawet taka desperacja często nie pomaga. Boleń, najadłszy się upolowanych rybek odpływa na swoje leże, zostawiając na brzegu zdezorientowanego wędkarza. Choć majowe
bolenie są aktywne i potrafią narobić rejwachu, dla spinningisty wciąż pozostają trudną zdobyczą.
Opisana scena jest chlebem powszednim wielu wędkarzy, którym do dzisiaj nie udało się złowić wymiarowego bolenia.
Są jednak sposoby
na złowienie bystrego i cwanego bolenia. Nie można ich jednak stosować w drugiej kolejności lub
jako ostatnią deskę ratunku – trzeba je wdrożyć od pierwszego podania przynęty w tzw. świeżym łowisku. Wiąże się to również z koniecznością posiadania właściwego wyposażenia, gdyż w wielu przypadkach będzie potrzebny np. dłuższy kij, spodniobuty, plecionka i żyłka, przynęty niezwyczajne. I jeszcze coś ważnego - wędkarz przed wyjściem na łowisko musi wiedzieć, jaką technikę i taktykę łowienia zastosuje. Z tego powodu warto zabrać na łowisko nawet dwie kompletne wędki na różne łowiska.
Z wielu lat włóczenia się za rzecznymi boleniami, wyłaniają mi się trzy grupy najczęściej spotykanych boleni, które nazwałem na swój użytek: odległe, skryte i weterani. Określiłem je wymownymi nazwami, więc ograniczę się do krótkiego opisu moich technik łowienia w kolejnych 3 artykułach.
Odległy boleń
Takich ryb jest najwięcej, bowiem bolenie uciekają od brzegów lub miejscówek często odwiedzanych
przez wędkarzy. By je spłoszyć, wędkarze wcale nie muszą zachowywać się głośno – bolenie są spostrzegawcze i rozpoznają łowiących wędkarzy. O dziwo, wcale im nie przeszkadzają letnicy pluskający się z pociechami na płyciźnie.
W takich miejscach jedynym sposobem na złowienie tego typu bolenia jest cierpliwe obłowienie miejsca, które spłoszony boleń obrał za kryjówkę. Miejsce takie zazwyczaj leży z dala od brzegów i wcale nie musi być głębokie, czasem ma głębokość 1 metra, w innych przypadkach nawet 5 metrów. Pocieszający jest fakt, że na takich stanowiskach bolenie są mniej płochliwe i ufniej chwytają przynęty. Nie warto zawracać sobie głowy i mitrężyć czasu na inne stanowiska, bo tam boleń zajrzy albo nie, z tym że raczej nie.
Do niektórych żerowisk boleni zbliżam się w spodniobutach, nie wszędzie jednak można dojść bezpiecznie. Do innych miejsc zaś w ogóle nie mogę się zbliżyć. Wtedy spinninguję długim i mocnym wędziskiem Shimano BeastMaster 300 cm, c.w. 15-40 gramów (są już nowe wersje tych dobrych kijaszków). To bardzo mocne wędzisko i pozwala mi na bardzo dalekie rzuty. Kij musi zapewnić nam możliwość holowania silnych ryb, bowiem w obławianych miejscach można złowić nawet 6-kilowego bolenia (w dużych rzekach lub połączonych z jeziorem). Na tak piękne niespodzianki spinningista musi być technicznie przygotowany.
Moją ulubioną grupą przynęt są wahadłówki ze stajni Spinnex, o nazwach Pjevs (na zdjęciu z
boleniem), Rolf, Flash, Trofast. Ale w tym roku dołożyłem do nich bardzo udane tandemy o nazwie Tandem Project – połączenie obrotówki z wahadłówką, w różnych rozmiarach. To bardzo skuteczna mieszanka na bolenia, ale także na klenie, szczupaki i sandacze. Szczupaki podczas polowania na bolenie są zmorą i można je znienawidzić, gdy kolejną przynętę bezlitośnie obcinają. Wtedy można tylko zmienić łowisko, albo użyć przezroczystą linkę fluorokarbonową na przypon.
Pamiętajcie, że polskie bolenie znają niemal wszystkie zeszłoroczne rynkowe przeboje, bo każdy polski wędkarz poczytuje za obowiązek złowienie bolenia. Co sprawia, że przy każdej okazji obrzuca
bolenia różnymi wynalazkami. Znam kilku gruntowców, którzy na widok bijącej rapy w pośpiechu zwijają gruntówki i łapią za spinningi; czasem coś tam łowią, a ile radości przy tym mają! No a potem, siedząc przy robakach gawędzą o boleniach.
Boleń chwyci nawet szeroką wahadłówkę przeznaczoną dla suma, ale lepiej używać wąskiej. Ta bardziej przypomina mu kształtem naturalny pokarm, więc mamy większą szansę zmylenia drapieżnika. W rzece z wartkim nurtem tylko
takie mogą coś zdziałać.
Prowadzę je raczej wolno i skośnie pod nurt, czasem opuszczam na piaszczyste dno i po kilku sekundach podrywam do dalszego, wolnego prowadzenia. Do bardzo dalekich rzutów zawsze używam żyłki o grubości w zakresie od 0,22 do 0,30 mm, w Wiśle używam również plecionki spinningowej o średnicy 0,14 mm. Najgrubszą żyłkę używam w rzekach, gdzie przynętę może pochwycić dwucyfrowy sum lub większy szczupak. I nie chodzi mi o uniknięcie strat w przynętach, a o bezpieczeństwo ryb, które z łatwością zerwą cienką żyłkę i odpłyną z przynętą w paszczy.
Przedstawione na zdjęciach wahadłówki można znaleźć
w ofercie firmy Spinnex.
Na zdjęciu poniżej i z boleniem wahadłówka o nazwie Pjevs - moja ulubiona od wielu sezonów.

(BCH)