

|

Boleń zamiast sandacza
To już ostatnie dni, gdy w komfortowych warunkach można łowić sandacze. Na tę okazję zafundowałem sobie 2 nowe woblery nazywane bezsterowcami. Tak naprawdę, to kupiłem je w akcie desperacji, bo na gumy kilery ani inne posiadane woblery nie miałem brań. Od kolegi dowiedziałem się, że w pewnym miejscu wreszcie złowił komplet sandaczy właśnie na bezsterowce. Kolega kolegą, ale nie pisnął nawet słówka, co to za bezsterowce używał, żadnych szczegółów. Trudno, jego słodka tajemnica. Dobrze, że tyle powiedział. Woblery są raczej cięższe, ważą 12 gramów, nie mają steru a w środku dźwięczą kulki. Kiedyś na wobler z grzechotką miałem kilka brań sumów, więc byłem zadowolony z tej grzechotki. Wędzisko wziąłem mocniejsze, o c.w. do 30 g., założyłem szpulę z plecionką o średnicy o,14 mm – wystarczy nawet na 20-kilowego sandała. Na ulubionym łowisku sandaczy stawiłem się przed wschodem słońca. Wobler szybuje nie gorzej od gumy. Szybko zanurza się, po czym prowadzi się go dobrze nawet w średnim nurcie. Szczytówka wyraźnie drga, cały czas czuję jego pracę. Najczęściej prowadzę go tuż przy dnie, na głębokości ok. 240 cm. Kilka razy potknął się o podwodne zawady, ale nie zaczepił ich kotwicą. Łowiłem z wysokiej główki, poniżej której ciągnie się bardzo długi warkocz, pod nim wypłukana jest klasyczna rynna, na końcu której mają zwyczaj kręcić się sandacze. Podręcznikowa miejscówka. Równolegle do tamy, w nurcie w odległości od niej ok. 50 m. woda nieco się wypłyca płynąc po piaszczystych muldach. Tam w lecie szalały bolenie. Ale wędkarzowi nie dawały nawet cienia szansy na złowienie. Znudzony brakiem brań w rynnie rzucałem w kierunku tego wypłycenia i prowadziłem wobler spływem, po skosie aż poniżej połowy długości warkocza po czym prowadziłem go wolno przy dnie do główki. Po którymś tam rzucie, gdzieś przy granicy rynny pod warkoczem a nurtem miałem bardzo mocne uderzenie w wobler. Z wrażenia spóźniłem zacięcie. Czym prędzej powtórzyłem rzut i prowadzenie. Znowuż ryba dała znać o sobie, ale ja nie zacinałem. Dosłownie za 2 sekundy ryba powtórzyła atak i… mam ją! O rany, jakie miałem walnięcie, aż poczułem je w kręgosłupie. Kijek wygiął się aż do stopki kołowrotka, hamulec natychmiast zaczął grać piękną melodię. Po 2 minutach ryba poddała się mojej woli i po kilkunastu sekundach podebrałem pięknego bolenia. Byłem równie zadowolony, co zdziwiony zdobyczą. Przecież liczyłem na sandacze, a ten wobler miał być kilerem sandaczowym. Wkrótce wspaniałego bolenia uwolniłem i wznowiłem spinningowanie. Złowiłem jeszcze niewymiarowego szczupaka i okonia niewiele większego od woblera. Ale miałem także 3 bardzo mocne, twarde iście boleniowe ataki na bezsterowca. Sądzę więc, że było tam więcej boleni. Po 2 godzinach spinningowania miałem już dość i opuściłem łowisko. I tak przypadkowo odkryłem boleniowy wobler. Nie mogę już z doczekać się boleniowego sezonu. Jestem pewien, że „moje” bolenie w tym łowisku nie znają tego bezsterowca. Wobec tego faktu mam uzasadnioną nadzieję na złowienie pięknej rapy.
tekst i zdjęcia WP
|
R E K L A M A
|
|