

|

Dwa kilery Manns
Przynęt na rynku jest tak dużo, że wielu wędkarzy a zwłaszcza początkujący narzekają na zawrót głowy - dosłownie. I nie można się dziwić takiej reakcji, bo wystarczy wejść do bardzo dobrego sklepu wędkarskiego (te najlepsze teraz nazywają się salonami) i zajrzeć do gablot z przynętami. Nasze oczy zaatakuje mozaika kolorów, materiałów, kształtów a do przeczytania podsuną nam szereg instrukcji: co, gdzie, jak i kiedy. Wędkuję od 20 lat i nad wodą spędziłem mnóstwo czasu. Dlatego dojrzałem do pewnego pomysłu, który zresztą wprowadziłem do spinningowego warsztatu: łowię tymi przynętami, które odpowiednio uzbrojone dadzą mi ryby w każdym łowisku i każdego gatunku drapieżnika. Powiecie: Bujda, bo nie ma takich przynęt. Bynajmniej – istnieją! Na to Wy: Zmyślam, bo to niemożliwe. Gdzieżbym śmiał kłamać, i to publicznie. Zresztą, sami możecie to sprawdzić i wypunktować mi kłamliwość na Wędkomanii.
Guma niejedno ma oblicze O łowności każdej gumy przede wszystkim decyduje jej uzbrojenie i prowadzenie. W dalszej kolejności, jednak niemal równorzędnie współdecyduje konstrukcja przynęty, mówiąc w skrócie – konstruktor i wykonanie. O czym myślę? Ano porównajcie np. Manns`a z gumką „no name” made-in-china lub made-in-rosja-radziecka, a zobaczycie, na którą więcej ryb złowicie. To marginalne porównanie, jednak wyraźne różnice również istnieją w przypadku kilkunastu firm istniejących na rodzimym rynku.
Na temat uzbrojenia gumki można długo pisać, uproszczę to do przykładu: gdy w rzece łowię bolenie i łowisko jest głębokie na 6 metrów, ok. 10-11 rano, gdy bolenie szukają drugiego śniadania, gumę obciążam lekko - do powierzchniowego prowadzenia. Gdy boleni jest dużo, to ciężką gumą prowadzoną do 3 m nad dnem zacznę łowić szczupaki, a jeśli dociążę ją i zacznę orać dno – zamiast boleni pewnie będę zacinał sandacze (czasem o tej porze żerują, choć mizernie). W głębokim do 20 m jeziorze w określonych godzinach pionowe strefy łowiska są jeszcze wyraźniej podzielone przez różne gatunki ryb. Ale nie wolno zapominać, że pionowe strefy przenikają się podobnie jak krainy rzecznych ryb, a zatem nie zawsze obowiązują nas sztywne reguły. Podsumowując, to wędkarz powołuje do życia nawet dobrą gumę zbrojąc ją i prezentując odpowiednio do łowionych ryb i łowiska.
Przewidywane niespodzianki W pudełku mam różne przynęty, wśród nich gumy dobrego producenta – Manns`a. To Predator i Swimmin Grub. Używa je z zadowoleniem wielu wędkarzy, a ja nazywam je wśród kolegów: Precio i Świński Mans. Fanów Manns`a zapewniam, że „świński” nie ma nic wspólnego z pejoratywnym znaczeniem. To właśnie te dwie gumy dają mi najwięcej ryb i one właśnie realizują mój pomysł wspomniany na początku artykułu. Mam do nich najwięcej zaufania, którego również doczekały się tylko 3 marki woblerów, m.in. Salmo i Rapala. Łowiąc w rzece trudno mi powiedzieć, co akurat złowię. Nie dlatego, że nie potrafię łowić poszczególnych gatunków ryb. Przyczyna leży gdzie indziej i nie mam na to wpływu. Mianowicie Predator i Swimmin Grub łowią skutecznie zarówno szczupaki, sandacze jak i bolenie. Znacznie rzadziej zacinałem też sumy, klenie, leszcze i 4 karpie - zawsze późną jesienią. Podobnie sprawują się na jeziorach, nawet na zaporówkach jak potwornie głęboka Solina, Rożnów i Nielisz. Kusząc sandacze podbieram szczupaki, szukając szczupaków łowię bolenie. To miłe niespodzianki, a te przynęty zdążyły mnie już przyzwyczaić do nich, dlatego też nazywam je przewidywanymi niespodziankami.
To tyle, co chciałem powiedzieć na temat powodu używania tych dwu przynęt, w pełni zasługujących na miano kilerów. Dostępne są w rozmaitych wielkościach i długościach, nawet 15 cm. Mann`s barwi je w znakomitych kolorach, więc bez trudu znajdziecie odpowiedni kolor dla siebie lub dla ryb. Ponadto dobre sklepy oferują je w dużych paczkach, co korzystnie wpływa na cenę. O sposobie łowienia nimi poszczególnych drapieżników napiszę innym razem.
(PW)
|
R E K L A M A
|
|