Wczoraj spotkaliśmy się na Wisłoce, a podczas wędkowania postanowiliśmy przenieść się na odległy o 23 km Wisłok.Co tam się działo, przedstawiam na zdjęciach.(pw)
Rzeka Wisłoka. Tu zaczynamy wędkowanie.
Na niebie widać źle wróżące chmury, a na wodzie dokazuje wiatr.
Postanowiliśmy ulokować się w dolnej strefie ujścia tego potoku.
Trzymają się go pstrągi potokowe i klenie.
Jacek zajął świetne stanowisko; z głębokiej zatoczki po jego prawej
stronie wyciągnięto niejednego ładnego potoka i klenia.
Od razu zaprzeczam: Jacek nie zbiera ani jagód, ani poczwarek
na przynęty. Zmienił się kierunek silnego wiatru i...
woblerek ugrzązł w krzaczkach.
Prawie jak odhaczanie ryby :-)
Wobler wygląda na Bulheada. Miejscówka spalona.
2 minuty później tracę kosztownego woblera Minnow.
Po zejściu kilkaset metrów, na nowej miejscówce
"coś" przytrzymało wędkę. Po drugim rzucie!

To "coś" spięło się szybko, więc co teraz robi Jacek?
To, co każdy inny by zrobił: miesza w pudełkach :-)
Na tej opasce aż pachnie rybami. jest głęboka do 140 cm,
na dnie leży mnóstwo kawałków piaskowca i otoczaki.
Znakomite miejsce na klenie i pstrągi, a w lecie na świnki i brzany.
Zaczął ciapać deszczyk, wzmógł się wiatr i błyskawicznie zaciągnął
niebo gęstymi, śnieżno-deszczowymi chmurami. Pogoda bardzo
szybko psuje się. Ryby tu nie biorą, czas podjąć męską decyzję.
Postanawiamy opuścić ten fragment rzeki i przenosimy się
kilka km wyżej. Pogoda robi się piekielna.
15 minut jazdy samochodem i jesteśmy w zupełnie innym
świecie - świeci słonko, piękne chmury. Cieszymy się
jak dzieci i kiełkuje w nas nadzieja na ryby.
Mimo wiatru, Jacek oddaje dalekie rzuty malutkim woblerkiem.
Tu jest w miarę głęboko i klenie mają znakomite stanowiska na
spokojnej wodzie. Po drugiej stronie uchodzi spory strumień.
Ale i tutaj wkrótce przekonujemy się o totalnym bezrybiu.
Jesteśmy kilometr wyżej, i tutaj nie ma lekko. Ryby nie chcą brać,
a są na pewno. To znakomite miejsce, jednak nie dzisiaj.
Pogoda znowu się psuje.
Aura zdecydowanie przesadza z tymi chmurami, ale najgorszy jest
zimniejszy od lodu wiatr. Druga męska decyzja - żegnamy Wisłokę
i jedziemy na Wisłok. Tam będzie przytulniej, bo Wisłok ma
dość wysokie brzegi i zasłonią nas przed wiatrem.
Jesteśmy na Wisłoku. Okazuje się tu być cicho, spokojnie, od czasu do
czasu pluśnie rybka. Dobra nasza, choć nogi już mnie trochę bolą,
a tu jeszcze te wysokie brzegi. Jacek jest w szczytowej formie.
Wisłok w pełnej krasie nieco niżej Krosna. Wysokie brzegi
i ciemniejszy kolor wody (od dna) są specyficzne dla tej rzeki.
To rzeka Jacka, więc nic dziwnego, że po 11 rzutach wobler własnej
roboty zaatakował kleń. Sprawił nam dużo radości, choć przecież
wielki nie jest. Ale ryba to ryba i honor gospodarza Jacek uratował.
Gdy się dobrze przypatrzyć to widać, że Jacek siłą woli powstrzymuje
uśmiech radości i stara się być poważny pozując do zdjęcia :-)
Teraz możemy przyjrzeć się przynęcie. Zrobił ją Jacek, jak zresztą
większość posiadanych woblerków. Zwróćcie uwagę na ciekawy kolor
woblera - Jacek jest przekonany, że w dużej mierze, o tej porze roku,
o braniach decyduje ten kolor. Indagowany jednak nie zdradził recepty
na ten kolor. A skoro startuje w zawodach, to nie chciałem torturować
go, by zaczął mówić :-)
Bez wahania pokazał swoje pudełeczko z przynętami.
Po przejściu kolejnych 300 m na dłużej zatrzymał nas uchodzący
tu strumień. To miejsce uwielbiają klenie, co potwierdzały licznymi
pobiciami. Nie dały się zaciąć, więc o co im chodziło?
Trudno powiedzieć, może ciekawość, albo odpędzanie konkurenta z
żerowiska i siedliska? Być może. Gdy przez następne 40 minut
nie złowiliśmy ryby, to postanowiliśmy zakończyć wędkowanie.
Przy okazji umówiliśmy się za tydzień na pstrągowej rzeczce,
gdzieś w okolicy Roztocza.