

|

Wiosenny kleń cz.I

Na zdj. znana i ceniona obrotówka Spark, killer na klenie.
Nie jest istotne, czy to będzie bardzo wczesna wiosna, czy też zdecydowanie przemijająca – swoją świeżością wody, powietrza, zieleni, wyzwalająca w nas irracjonalny optymizm prowokuje do wędkarskiego polowania. Na takie właśnie dni, na chwile wiosennej spontaniczności najlepszą wędką okaże się być spiner. Mając w ręku czułą węglówkę, ufnie zapuśćmy się w nurt rzeki, bo tam właśnie pływają wspaniałe sportowe ryby – klenie.W tej porze roku są w znakomitej kondycji. Stada podzieliły się już na mniejsze, gdyż tego wymaga rytuał godowy ich gatunku. I tak etapami, aż do końca czerwca populacja kleni w danej rzece będzie podtrzymywać istnienie gatunku. I pewnie zdarzy się, że jeszcze w pierwszych dniach lipca doprowadzimy do podbieraka samca ociekającego mleczem. Gdy trafimy na tarlisko kleni, powinniśmy uderzyć się po męsku w pierś i honorowo opuścić to łowisko; spróbujmy namówić również do tego roztrzęsionych, będących niemal w amoku, kolegów lub przygodnych znajomych. Bądźmy przy tym pewni, że kilkaset metrów dalej z pewnością wstrzelimy się swoim kilerkiem w stadko kleni nie biorące udziału w tarle. By osiągnąć najwięcej przyjemności ze spinningowania kleni, trzeba być jak najbliżej ich świata. Stąd też brodzenie i zapuszczanie się hen daleko, niemal w sam nurt, daje najwięcej satysfakcji. Taką technikę spinningowania umożliwiają rzeki niewielkie, ale też w wielu miejscach środkowy Dunajec, przemyski San czy Wisła, Bug, Narew, Odra. Nie jest to reguła bez odstępstw, gdyż wielokrotnie już udało mi się łowić w środkowej Wiśle w takich miejscach, że w spodniobutach, zupełnie bezpiecznie, po żwirku dochodziłem do granicy głównego nurtu. Tam zapuszczałem w dwumetrową wodę obrotówkę rodem ze Skandynawii i łowiłem wcale nieliche klenie. Wisła chowa w swych toniach tak duże stada kleni, że gdy wyrzucałem obrotówkę na dwadzieścia metrów po skosie w górę rzeki w bijące klenie, to kilka sztuk z tego stada przepływało pomiędzy moimi nogami. Taka sytuacja zaistniała dwa razy, a wrażenia wyniesione z tych spotkań spowodowały u mnie nieuleczalną chorobę – wędkarstwo. Na małych rzekach łowiska nie będą tak obfite. Tam łowić będziemy ryby daleko mniejsze, a komplet czterdziestaków będzie niemożliwy do zaliczenia. Wyrośnięte klenie podbierać będziemy rzadko, ale każdy taki hol otrzyma rangę uroczystą. Również podchody, dyskretne i niemal indiańskie wymagać będą od nas większego starania i wysiłku. Nagrodą za te wszystkie niedoskonałości i uciążliwości będzie możliwość dokładnego poznania rzeki, z jej zakamarkami, mieszkańcami i kaprysami. Jeśli poświęcimy rzece więcej niż kilkanaście spotkań, odkryje przed nami swoją największą tajemnicę – trasy wędrówek swoich mieszkanek. To najcenniejszy dar, jaki wędkarz może otrzymać od rzeki.
Jak zatem łowić tak płochliwe ryby na tak niełatwych łowiskach? ...
(kt)
|
R E K L A M A
|
|